Jesteś tutaj: Strona Główna » Artykuły » Siła Producentów: Major Lazer VS. Prince Fatty

Siła Producentów: Major Lazer VS. Prince Fatty

Siła Producentów: Major Lazer VS. Prince Fatty

To ich nazwiska przewijają się w opisach najważniejszych reggae wydawnictw ostatnich lat. Prince Fatty oraz kolektyw Major Lazer to aktualni liderzy na rynku inspirowanych jamajskim dziedzictwem dźwięków.

Za każdym wielkim artystą stoi jego producent. Z dokonań starej gwardii, do której zaliczani są między innymi Clemente „Coxsone” Dodd, Duke Reid, czy Lee „Scratch” Perry korzystają kolejne pokolenia realizatorów dźwięku. W łączeniu tradycji z nowoczesnością na pierwszy plan wybijają się jednak nieliczni, nieliczni także potrafią przyjąć pod swoje skrzydła początkujących muzyków i szybko uczynić z nich pierwszoplanowe gwiazdy gatunku. Taką magię posiada w sobie jednak Brytyjczyk Mike Pelanconi, znany szerzej jako Prince Fatty.

TŁUSTE DŹWIĘKI NIRVANY

To było kilkanaście trudnych lat dla miłośników brzmienia spod znaku wspomnianych wyżej producentów z Jamajki. Reggae nieuchronnie skręcało w stronę elektroniki i dancehallu, porzucając wpływy ska, dubu i rocksteady z wielu poprzednich dekad. Czerpać z tego dziedzictwa postanowił jednak Prince Fatty – to spod jego rąk wyszły między innymi płyty eterycznej Hollie Cook, przypominające szerokiemu gronu odbiorców co oznacza dobry lovers rock. Lista gwiazd z nim współpracującym jest jednak o wiele dłuższa i zawiera choćby artystów popowych, jak Lily Allen oraz legendy gatunku – między innymi Gregory Isaacs, Little Roy, Luciano, Capleton. Pelanconi odpowiada także za brzmienie zbierających entuzjastyczne recenzje The Skints, przyszłego, a może i już najlepszego zespołu reggae na świecie.

Styl Prince Fatty’ego można porównać do wibracji reggae z lat 70., w tym jego najlepszych dubowych tradycji. Artyści idą za nim w ciemno, często porywając się na utwory muzyków z zupełnie innej bajki – Little Roy przypomniał wczesną twórczość Nirvany na albumie „Battle for Seattle”, The Skints zaśpiewali „My War” punkowców z Black Flag. Nie ma także rzeczy niemożliwych dla stałego współpracownika producenta, Horsemana. Kooperacja obu panów trwa już pewien czas, a ze studia wychodzą między innymi takie covery składu Cypress Hill.

Urodzony w Wielkiej Brytanii Mike Pelanconi tworzy utwory rodem z gorącego Kingston, takiego jakie było ono pół wieku temu. W jego nagraniowym studio w Brighton znajduje się wiele sprzętów z epoki, pozwalających na nagranie wszystkiego dokładnie w taki sposób, aby potrząsnąć słuchaczami przyzwyczajonymi do cyfrowego, bezdusznego dźwięku. Z zacisza studia wypuszczono już wiele albumów z „tłustymi”, jak określa to sam Prince Fatty dźwiękami, na dodatek każdy jego singiel zostaje wytłoczony na klasycznej, czarnej winylowej płycie. I czy będzie to „Survival of the Fattest”, czy prawdziwe starcie „Prince Fatty vs. Mungo’s Hi Fi”, Pelanconi na każdym krążku udowadnia swoją wiodącą rolę na rynku jamajskich old schoolowych produkcji. Wizytą u niego chwalił się nam także ostatnio nasz rodzimy producent Dreadsquad.

JAK ROZKRĘCIĆ KAŻDY TŁUM

Kto stoi za przemianą Snoop Dogga w łagodnego głosiciela leczniczych właściwości marihuany Snoop Liona? Dźwięki jego debiutanckiego albumu zostały wyprodukowane przez założony siedem lat temu projekt Major Lazer, w którego początkowy skład wchodziło dwóch młodych i ambitnych artystów: Diplo oraz Switch. Ten drugi zaprzestał współpracy „z powodu różnic twórczych” i został zastąpiony przez Jillionaire’a oraz Walshy fire’a, na szczęście ani na chwilę nie zatrzymując Major Lazer w misji podbicia każdego światowego parkietu.

Twórczość tych trzech panów, podobnie jak Prince Fatty’ego, opiera się na kulturowym dziedzictwie Jamajki. Sam Diplo wskazuje Lloyda Jamesa, legendarnego dubowego producenta znanego jako King Jammy, za swoją wielką inspirację. Brzmienie, cała oprawa artystyczna płyt oraz teledyski są wzorowane właśnie na dokonaniach twórcy riddimu „Sleng Teng”. Ale połączenia tradycji z nowoczesnością w dokonaniach Major Lazer można doszukać się o wiele, wiele więcej. Wystarczy tylko przesłuchać pierwszą studyjną płytę „Guns Don’t Kill People… Lazers Do”, aby zauważyć, że „Can’t Stop Now” w kolaboracji z Mr. Vegasem i Jovi Rockwell to nic innego jak sampling wydanego pod koniec lat 60. XX wieku „Barbwire” Nory Dean. Podobnie jak hitowa „Jessica” z następnego wydawnictwa kolektywu, czyli sprytnie odświeżona wersja „Satisfaction” Carla Dawkinsa.

Imprezowi wyjadacze są głównie określani jako nowoczesny dancehallowy projekt, co udowodnili ostatnim, wynoszącym ich na szczyt popularności krążkiem „Free the Universe”. Garną się do nich gwiazdy wielkiego formatu, z ich pomocy korzystała Beyonce, No Doubt, Rita Ora, Usher i Chris Brown. Pozostaje jeszcze ogromna sfera remiksów, w której Major Lazer powoli staje się niezrównany, co chwilę wypuszczając w świat nowe wersje utworów przykładowo Bruno Marsa lub The Prodigy. Za niecały miesiąc światło dzienne ujrzy trzeci album producentów „Peace Is the Mission”. Singiel „Lean On”, mimo iż znacząco odbiegający od estetyki z pierwszych płyt Major Lazer, podbija zarówno światowe listy przebojów, jak i parkiety wielu najlepszych klubów. Możliwe, że na krążku znajdą się inspirowane starymi jamajskimi brzmieniami utwory. Major Lazer wystąpi także w najbliższym czasie w Polsce, organizatorzy tegorocznego Open’er Festival zapowiedzieli ich występ na głównej scenie drugiego lipca.

Są młodzi, zdolni i podkreślają korzenie swojej twórczości w muzyce reggae. Dobry producent jest także charakterystyczny w swoim brzmieniu i piekielnie pracowity – właśnie taki okazuje się przepis na sukces w przypadku Prince Fatty’ego i kolektywu Major Lazer. Wydaje się, że są oni już co najmniej w połowie drogi na producencki i artystyczny szczyt w świecie muzyki reggae.

Komentarze

© 2012-2016 Riddim.pl - Reggae Music News

Scroll to top