Jesteś tutaj: Strona Główna » Recenzje » Recenzja: The Paragons ‎”On The Beach (With The Paragons)”

Recenzja: The Paragons ‎”On The Beach (With The Paragons)”

Recenzja: The Paragons ‎”On The Beach (With The Paragons)”

Na Trojan Records zawsze można polegać jak na Zawiszy. Po ośmiu latach od ostatniej reedycji na CD, ‎”On The Beach (With The Paragons)” ponownie pojawia się w sprzedaży. Jak już sugeruje sam tytuł, jest to wznowienie wydanego niemal pięćdziesiąt lat temu klasycznego LP epoki rocksteady, z tym że jak na gladiatorów przystało, na tej dwupłytowej antologii mamy aż czterdzieści trzy numery bonusowe. Całość zamknięta w ramy czasowe od ’66 do ’82, ukazuje ewolucję jamajskiej muzyki od rocksteady po rub’a’dub co stanowi doskonałą okazję do jej „nausznego” prześledzenia.

Pierwszy krążek zawiera dwadzieścia dziewięć piosenek z czasów kiedy The Paragons występowali w oryginalnym trzyosobowym składzie z Johnem Holtem na czele, którego wkład w jamajską wokalistykę trudno przecenić, a jako pierwszy głos w zespole, był tym, czym Marleya w The Wailers, Sibblesa w The Heptones, czy Michaela Rose’a w Black Uhuru, natomiast wtórujący mu Tyrone Evans i Howard Barrett odpowiedzialni byli za wspaniałe harmonie.

Zdecydowana większość utworów, pochodzi ze studia Treasure Isle, a producentem jest jego właściciel Arthur „Duke” Reid, ówczesny tytan na rynku muzycznym. Tematyka poruszana w utworach, charakterystyczna jak na te lata (’66-’69) nawiązuje w pełni do tytułowego plażowego motywu, czyli jest słonecznie, wesoło i lekko, zaś jeśli problemy to jedynie te miłosne. Trudno w tym momencie nie wymienić kolejno, kamieni milowych tj. „Only A Smile”, „On The Beach”, znany z późniejszych niezliczonych wersji „Tide Is High”, zawierający jeszcze ślady ska „Happy Go Lucky Girl”, czy świetne interpretacje standardów popularnego na Karaibach w pierwszej połowie XX wieku calypso „Yellow Bird” i „Island In The Sun”. Po za w/w „Tide Is High” jest jeszcze kilka tytułów, które z czasem doczekały się wersji coverowych tj. „Ridding High On a Windy Day”, dynamiczny „Got To Get Away” z powodzeniem rozsławiony później przez Dennisa Browna, czy jeden z moich faworytów nie tylko w kontekście opisywanej płyty, rewelacyjny popis umiejętności wokalnych Holta „Left With A Broken Heart”, do którego riddim stał się bazą w „Revolution” Dennisa Browna, czy popularnego swego czasu dancehallowego riddimu „Intercom”, znanemu polskiemu słuchaczowi choćby z „Another Lonely Gal” z repertuaru Bass Medium Trinity. Na sam koniec pierwszej płyty, która prezentowała oblicze rocksteady i early reggae’owe, mamy smaczek wprost z sali tanecznej, zgrabne podsumowanie i swoisty konglomerat szlagierów o wymownym tytule „On The Beach Medley”.

Druga część obejmuje lata siedemdziesiąte i początek osiemdziesiątych, czyli okres w którym John Holt zajęty solową karierą, raczej epizodycznie nagrywa z kolegami z Paragons. Płytę otwiera zapis sesji z Treasure Isle w której gościnnie bierze udział wokalistka Rosalyn Sweet, zastępując dotychczasowego lidera. Wśród pięciu utworów będących owocem tej współpracy uwagę przykuwają cover Beatlesów „Blackbird Singing” i wysmakowana reggae’owa wariacja „The World Is A Ghetto” amerykańskiej grupy War. Miłemu odbiorowi kobiecego głosu, towarzyszy charakterystyczny dźwięk wirtuoza, a zarazem tuza gitary Ernesta Ranglina. W dalszej części w rolę producenta wciela się kolejny człowiek legenda, który ma za sobą współpracę z niezliczoną ilością artystów i jeszcze większe pokłady nagrań z astronomiczną liczbą sesji nagraniowych w rozmaitych studiach nagraniowych, a jest nim nikt inny jak Bunny„Striker”Lee. Część z tych utworów pochodzi z albumu „Return” na którym choć pojawia się John Holt to dominuje jednak Tyron Evans (rewelacyjny w „Smile It’s A New Day”), natomiast rootsowe brzmienie w kilku utworach jest nieco zaostrzone, oddając typowy charakter nagrań z nowojorskiego studia Bullwackie. Ostatnie dziesięć numerów to również efekt współpracy ze Bunnym Lee i jest to pełna zawartość albumu „Now” z roku osiemdziesiątego drugiego. W tym przypadku, brzmienie ewidentnie w stylu rub’a’dub, zwiastuje nadejście ery dancehallowej, zaś nad samym miksem czuwał Prince Jammy, więc wdzierają się tu tylnymi drzwiami smaczki dubowe.

Okładka płyty nawiązująca do pierwotnego wydania LP z lat sześćdziesiątych, zapewnia koloryt, a naszpikowana ciekawostkami książeczka oddaje słuszne wrażenie, że jest to kawał historii zamkniętej w dwóch srebrnych krążkach i żaden fan jamajskiej muzyki nie powinien zaniechać tej pozycji w swoich zbiorach. Jest to też dobry powód, aby uczcić pamięć zmarłego w ubiegłym roku Johna Holta i parafrazując jego tekst z tytułowego przeboju, być może teraz „bawi się dobrze, na niebiańskiej plaży, gdzie właśnie trwa impreza”.

Komentarze

© 2012-2016 Riddim.pl - Reggae Music News

Scroll to top