Jesteś tutaj: Strona Główna » Recenzje » Recenzja: Lion Vibrations – „Friends”

Recenzja: Lion Vibrations – „Friends”

Recenzja: Lion Vibrations – „Friends”

Najnowsza płyta Lion Vibrations „Friends” jest niezwykłą muzyczną mieszanką. Trudno powiedzieć czy jest tam więcej reggae w jazzie czy jazzu w reggae. Dlatego ja powiem krótko – jest ona jahzzowa.

Pochodzący z Brzegu zespół ma już 17-letni bagaż doświadczeń. Zaczynali jako Zgroza, grająca mocno rootsowe reggae, a która debiutowała jeszcze na kasecie. Pod tym szyldem wydali potem 2 (już) płyty. W 2003 roku razem ze stylem grupy, zmieniła się również jej nazwa. Lion Vibrations poszło w kierunku dubu, nie zapominając jednak o rootsie, a przyprawiając je odrobiną jazzu. Po sześciu latach wydawniczej nieobecności, na najnowszym krążku to właśnie jazz wysuwa się na pierwszy plan. Na próżno tam szukać dubu. Zespół wziął na warsztat jazzowe standardy, zamieniając je w reggaeowe przysmaki, które nadają ton reszcie dania zwanego „Friends”.

Na początek Lion Vibrations serwuje „Work Song”, w którym dobrą robotę odwala sekcja dęta, ale to już chyba rzecz dla nich charakterystyczna. Jahga swoim głosem dodaje pikanterii dość stonowanej całości. Następnie wokalistka oddaje głos tytułowym przyjaciołom i w utworze „Take Five” Jorgos Skolias przejmuje dowodzenie. Do grona wokalistów na tej płycie dołącza polski reprezentant – Kamil Bednarek, który w piosence „Matka muzyka (Mercy Mercy Mercy)” pokazuje swoją nową – starą twarz. Jej anturaż wypełniony jest charakterystyczną dla tego krążka gitarą, która towarzyszy nam do samego końca. Niestety, połączenie Bednarek – Jahga pozbawione jest iskrzenia. On sobie i ona sobie.

Dużą niespodzianką jest dla mnie Jahcoustix („Funk In Deep Breeze”), który wydaje się być reggaeową wisienką na tym krążku, pomimo funkowych akcentów w samej piosence. Niemiec ze swoim chropowatym głosem świetnie wpasował się ogólną konwencję. „Sing sing sing” natomiast, nagrane z Wojtkiem Mazolewskim na kontrabasie jest absolutnie genialny. Klimat całego utworu, choć je raczej jazzowy, przywodzi na myśl klimaty nyabhingi. Bębny zastąpione przez kontrabas i brak zbędnych słów. To jest dopiero Jahzz!

Na tą płytę warto było tyle czekać, choć nie jest ona bez wad. Największym minusem jest monotonność, którą przerywają zaproszeni (bardzo ciekawi) goście, wśród których znajdują się także Piotr Baron na saksofonie oraz wokaliści – Natalia Niemen i Chezidek z Jamajki. Reggae w tym Jahzzie jest zbyt ograniczone, brakuje tu śladów spontanicznej radości tworzenia. Choć jest w tym coś hipnotyzującego.

Obiad podczas którego na naszym stole pojawi się Lion Vibrations jest lekki i smaczny, jednak nie jest kąskiem na każde podniebienie. Nie zasmakuje tym, którzy lubią ostrzejsze przyprawy, ale mimo to z pewnością zagości na stałe w menu niejednego, nie tylko reggaeowego, smakosza.

Komentarze

© 2012-2016 Riddim.pl - Reggae Music News

Scroll to top