Jesteś tutaj: Strona Główna » Artykuły » Okiem redaktora: Ostróda Reggae Festival 2016 – reportaż

Okiem redaktora: Ostróda Reggae Festival 2016 – reportaż

Okiem redaktora: Ostróda Reggae Festival 2016 – reportaż

Wstyd się przyznać, ale ostatni raz w Ostródzie byłem w 2006 roku. Był to kapitalny wyjazd, dość powiedzieć, że dzięki uprzejmości i otwartości tarnobrzeskiego PKS-u wynajęliśmy autokar, na pokładzie którego nie było praktycznie wolnych miejsc. Dołączyła do nas ekipa z Rzeszowa, głównie muzycy zespołu Wadada pod wodzą Dominika Muszyńskiego. Spaliśmy na deskach sali gimnastycznej jednej z Ostródzkich szkół. Festiwal odbywał się jeszcze w starych koszarach, a największą gwiazdą był legendarny, brytyjski zespół Steel Pulse. Wtedy miał też miejsce powrót na scenę naszej krajowej legendy – zespołu Izrael, który sam jeszcze chyba nie wierząc, że przerywa milczenie po tylu latach wystąpił pod efemerycznym szyldem Magnetosfera. Piękne czasy i piękne wspomnienia ale… to było dekadę temu!

Przez te 10 lat wiele się zmieniło. Założenie rodziny, praca, walka z codzienną ekonomią, rachunki, czynsze, opłaty oraz walka o własne zdrowie – wszystko to sprawiło, że przez lata wiedziałem co w trawie piszczy tylko dzięki relacjom znajomych, lekturze Free Colours i dobrodziejstwom internetu (big respekt dla radiowych audycji Makena). Od tamtego czasu zdążyłem zagrać dziesiątki imprez tanecznych jako selector, wydawałem fortunę na oryginalne płyty CD, wydzierałem się na majku w dwóch sound systemach (Run Way Sound i Rapadub Soundsystem), wreszcie założyłem z przyjaciółmi zespół grający reggae na żywo (Rapadub), który zagrał kilkanaście dużych koncertów, bo mam „reggae wydrapane w sercu jak tagi w tramwajach”. Redaktor naczelny portalu Riddim.pl, Przemek Kwiatkowski, przyjął mnie w szeregi redakcji (marzyłem o Free Colours, ale ponoć nie było szans). Jak by mi jeszcze ktoś wtedy powiedział, że Robert Brylewski i Włodek Kiniorski z Izraela zostaną moimi kumplami, a ten drugi zagra gościnnie z nasza kapelą koncert w Warszawie, popukał bym się w czoło i wysłał go na leczenie tam gdzie drzwi nie mają klamek …

10 lat to stanowczo za dużo, a i przy okazji okrągła rocznica mojego ostatniego udziału w Ostródzie. Tym razem długo nie trzeba mnie było namawiać. Mało tego zadzwonił do mnie kolejny friend, Mr. Fish Selecta (kliknij, aby przeczytać wywiad) z Global Reggae Baru na Ibizie (kliknij, aby przeczytać artykuł). „Mordeczko widzimy się na Ostródzie – ląduje w Warszawie dwa dni przed festiwalem”. Dodatkowo między moimi kumplami „na mieście” wykrystalizował się ekskluzywny skład „rastamanów”, który również nie miał absolutnie żadnych wątpliwości – krótka piłka – Ostróda Reggae Festiwal 2016? JEDZIEMY!

Noc ze środy na czwartek (10/11 sierpnia przyp. red.) bagażnik mojego Mitsubishi wypełnił się namiotem, bagażami i śpiworami. Na pokładzie Skrzat (uczestnik wszystkich edycji ORF od 4 edycji w górę), Gumiś, Kiniu, ja i Gienio aka Piękny Cygan w roli kierowcy.

W odtwarzaczu rządzi The Sunvizors i ich debiutancka płyta „Colores”, którą Gienio kupił mi w Paryżu. Strasznie pada, ale już za Radomiem przeziro się, pod osłoną nocy przelatujemy stolicę. Zmorzył mnie sen, kiedy otwarłem ślepia przywitał mnie ostatni postój przed Ostródą. Ostatnie 60 km i za chwilę jesteśmy już u celu. Widać powoli tabuny festiwalowiczów. Lądujemy w kultowej Przystani Żeglarskiej „U Zdzicha”. To od lat sprawdzona miejscówka. Rozbijamy namiocik i czas na relaks, pomimo że jest dopiero 9:00 rano rozpoczynamy melanż. Dzwoni Fish Selecta, rezydujący w czeskiej knajpce na rogu przy molo, gonię się z nim przywitać. Okazuje się, że jest w towarzystwie sympatycznego Brytyjczyka Paula Hodgkinsa z Birmingham, właściciela pięknej białej ściany dźwięku – sound systemu Action Pack. To jego pierwszy raz w Polsce – jest zachwycony i oczy mu się błyszczą, wszędzie robi zdjęcia, i goni do knajpy pod parasolami Żywca nad jeziorem, gdzie ma Wi-Fi. Z amfiteatru rozbrzmiewają już pierwsze dźwięki prób. Chłopaki są samochodem, więc podjeżdżamy do punktu wydawania opasek i identyfikatorów na ul. Grunwaldzkiej. „Ponawijasz na naszym secie na Roots Trippin Stage” – śmieje się Fish. Za plecami widzę w kolejce Maćka Kuzyna – organizatora Bass Campów i Dubseeda – bijemy piony – wszak niecały miesiąc wcześniej gościłem jego i załogę z Paprtoty.org w moim mieszkaniu po dubowej imprezie nad jeziorem tarnobrzeskim, której byłem organizatorem. Do naszych rąk trafiają też małe, zgrabne książeczki, tzw. informatory. Jak się potem okaże będzie to najcenniejszy przedmiot, który codziennie ratował plany i był swego rodzaju nawigacją, swoistym GPS-em festiwalowym, przydatnym każdemu uczestnikowi. 4 sceny, łącznie z sound systemami, DJ-ami i selectorami – chyba z 80 artystów. Bez informatora nikt by rady nie dał. Uczciwie trzeba przyznać, że te parę karteczek śliskiego papieru przez 4 dni zastępowało zegarek. Fish i Paul są wegetarianami, podobnie jak większość rastamanów lądujemy wiec w vege knajpce na rogu. Jesteśmy tylko my, obsługa i …Nattali Rize z zespołem! Normalnie szok! Spotkać największą gwiazdę jeszcze przed zawodami, naprawdę trzeba mieć farta. Miłe pogawędki Fisha z Nattali. Robimy wspólna fotę, na razie tylko statystuję obawiając się poziomu swojej angielszczyzny.

wujek-nattali-rize W końcu przełamuję się opowiadając Nattali jak mój kumpel z Australii kupił mi tam 2 płyty Blue King Brown i wysłał pocztą. Wytaczam następną historię jak poznałem Makena na imprezie w Rzeszowie, który nie ukrywając fascynacji głosem Nattali zdradził mi w tajemnicy, że szykuje sie jej solowy projekt z jamajskimi muzykami z Notice Production. Nattali mówi, że niepotrzebnie się bałem i z moim angielskim nie jest tak źle. Fajni normalni ludzie – absolutnie wyzbyci tzw. syndromu gwiazd. Jeszcze fota indywidualna i zajadamy posiłek. Tymczasem Amfiteatr już huczy od muzyki reggae; ustawiają się pierwsze kolejki po bilety. O 15:00 zaczynają grać Wolni Ludzie. Mam tam paru znajomych jak choćby perkusista Piotr Fuczyk (eks. Menomini), basista Marek Gawędzki, czy legendarny Piotr „Jackson” Wolski. W ostatniej chwili dowiedziałem się, że odszedł ze składu młody, zdolny gitarzysta Michał Mazur.

Niestety już wiem, że nie wiadomo o której dotrę na pierwsze koncerty. Koło busów Paul robi sobie pamiątkowe zdjęcie z Freakin Rudeboys. Jesteśmy w tak zwanym pędzie. Nawet nie zdążyłem zagadać do tej młodej ekipy jak stanęli na nogi po sławetnym pożarze w którym stracili wszystko. Wracamy do hotelu (internatu), ale siadamy tylko chwilę, albowiem pod amfiteatrem wylądował już redaktor naczelny. Jedziemy z Fishem go odebrać, silnik już pracował na parkingu kiedy zobaczyliśmy Pitera Kolaja w t-shircie a’la futbolówka ORF z 16-ką na plecach. Fish trąbi wysiadamy i gadka z najważniejszym człowiekiem, dzięki któremu to wszystko przez lata tak się rozkręciło. Wreszcie poznałem tą legendarną postać na żywo. Pochwaliłem Pitera za formę fizyczna i widoczną spod t-shirtu muskulaturę ;-) kawał chłopa. Widać, że jest maksymalnie zabiegany. Bijemy piątki i jedziemy po redaktora. Informator podpowiada, że na scenie gra już Dobra Siła.

Wyskakujemy obejrzeć teren festiwalu. Duża scena gotowa, pomagamy rozbić namiot ekipie z warszawskiego CDQ. Miedzy wieżą realizatorów, a główna sceną kręci się Papa Kris z Bombaclass, przygotowując się do realizacji swoich słynnych w świecie video-live’ów. Zaglądamy też na przygotowania na scenie Green Stage, Fish poznaje mnie z Malikiem z Singledread. W końcu wzywa nas miasto, gdzie łączymy się z moją załogą i zaczyna się tzw. czas integracji. Trwa impreza na polu namiotowym, gdzie spotykamy Majka Lipera i ekipę z Roots Melody z Pabianic. Melanż i zmęczenie już jednak dają znać o sobie. Nikt nie jest robotem i trzeba naładować akumulatory. Utratę sił okupuję przegapieniem koncertów. I to nie byle jakich. 20 lecie Konopiansów, The Bartenders, których fanem zostałem od czasów koncertu „Tributte to Alibabki – 50 lat jamajskiej muzyki w Polsce” w Warszawskiej Proximie.

orf_2016_d1-108 Do amfiteatru docieramy już cieplutcy, łapiemy się na ostatnie trzy kawałki Talliba. Jestem zaskoczony frekwencją – jest tu naprawdę sporo ludzi. Po koncercie Talliba zamieniam z nim kilka słów, okazuje się, że walczył z chorobą od kilku dni i ostatecznie dał radę. Piątki z chłopakami z D’Roots Brothers przy pakowaniu busa. Ale czasu za wiele nie ma, bo na scenie swój energetyczny występ zaczyna Junior Stress i El Sun Band. Atmosfera wyśmienita, powiewają reggae sztandary. Ogarniam widok z góry i ciężko oddycham – witamy w programie .. „wódko pozwól żyć”! Wracam na pole namiotowe, by znaleźć ukojenie. Niechcący zapomniałem, że tego wieczoru w dużej jadalnej sali „u Zdzicha” odbędzie się before i potańcówka do rana, wspomagana potężnymi pakami ekip Jah Love i Roots Melody. Ostatkiem sił uczestniczę w imprezie, na której spotykam też Daniela Filipiaka, z którym znam się od afterwedding party w nieistniejącym już klubie „Atmosfera” w Łodzi z okazji ślubu Oli i Raggamaffin Andrzeja z Jam Vibez. Będziemy w jednym crew już do końca festiwalu. Padam na pysk, w końcu poddaję się i wtaczam do namiotu. Noc jest jednak zimna jak pieron i nad ranem uciekam do auta, odpalam je i śpię przy ogrzewaniu. Czas na pierwsze przemyślenia …

Przez ostatnie 10 lat Ostróda jako miasto rozwinęła się niesamowicie. Knajpki wzdłuż jeziora są dobrze oświetlone i mają duże ogródki. Potężny amfiteatr zachwyca swoją konstrukcją. Gmaszysko zapewne opędza niejedną okoliczność kulturalną w ciągu roku. Tam, gdzie kiedyś mieścił się poprzedni obszar festiwalowy wybudowano nowoczesne osiedle. Podobno rozwój urbanistyki wiąże się z umiejętnością urzędników w pozyskiwaniu środków unijnych na inwestycje. Zauważyłem rozwinięcie infrastruktury drogowej, miastu przybyło też kilka rond. Wyprzedzając wydarzenia – napiszę, że wiem od taksówkarza, że było tam zarejestrowanych oficjalnie ponad 100 taksówek. Dla porównania podam, że w moim rodzinnym mieście, gdzie liczba mieszkańców porównywalna jest z Ostródą, takowych będzie nie więcej niż 20, a w mieście w którym pracuję (Nowa Dęba, podkarpackie) jest dosłownie jedna. Ale cóż to się dziwić, jesteśmy w jednym z najatrakcyjniejszych turystycznie regionów w Polsce, krainie tysiąca jezior (sama Ostróda położona jest pomiędzy 4 jeziorami) – jaką jest Warmia i Mazury.

Piątek, 12 sierpnia 2016. Drugi dzień festiwalu, zamilczał amfiteatr, zaś większość najważniejszych wydarzeń rozegra się na terenie festiwalowego miasteczka. Do wyboru duża scena (Red Stage), hala położona na jej zapleczu (Green Stage), duży namiot z pakami Rise Up Sound System z Częstochowy (Yellow Stage) oraz otwarte zacisze w kąciku na głośnikach lokalnego ostródzkiego soundu (tzw. Roots Trippin Stage). Już od południa w sali kameralnej amfiteatru miał miejsce panel dyskusyjny pt: „Jak ulepszyć polskie reggae” prowadzony przez Bartosza Wójcika. Zaraz po nim pokaz angielskiego filmu dokumentalnego w reż. Diggorego Kenricka „I am the Gordon – Bunny „Stricker” Lee and the Roots of Reggae”. Nie mogę odżałować faktu, ze nie uczestniczyłem w panelu dyskusyjnym – musiało być arcyciekawie, ale z ekipą z pola namiotowego „U Zdzicha” dopiero wykluwaliśmy się po solidnym czwartkowym beforze. Pogoda dopisała po zimnej nocy wyszło pyszne słoneczko, lekki wiaterek na niebie, dominują chmurki typu cumulus. Na molo trwały w najlepsze warsztaty tańca dancehall; kto był chętny mógł po potrząsać tym i owym pod okiem prawdziwych mistrzyń w swoim fachu w osobach Uli „Afro” Fryc i Malwiny „Malwy” Żygowskiej. Docieramy na sam koniec warsztatów – zaskoczeni faktem, ze prócz tabuna dziewczyn chętnych do nauki tego stylu jest też kilku.. panów.

Tymczasem na głównej scenie codziennie od 14:00 do 15:00 pierwsze dźwięki wypuszcza DJ Feel-X. Taki schemat zaplanowano podczas każdego dnia festiwalu. Tego dnia kolejno po sobie na scenie występowali: Ras Muhamad z dalekiej Indonezji, Jafia, Tabu i Damian Syjonfam. Festiwal osiągnął już rangę międzynarodową, także nasze rodzime gwiazdy niejako z konieczności muszą grać w godzinach popołudniowych i wieczornych. Jak to mówią po łacinie „vis maior” czyli siła wyższa. Najlepszy czas antenowy należy już do gwiazd międzynarodowego formatu.

Nattali Rize Koło 21:00 na scenę wyszedł Kabaka Pyramid i już od pierwszych dźwięków było jasne, że towarzyszą mu muzycy z tzw. najwyższej półki. Co ciekawe artysta nakręcał publiczność wtrącając od czasu do czasu jakiś klasyczny cover pomiędzy tzw. pull up-ami. Bardzo dobry koncert, po którym była tylko chwila wytchnienia, albowiem na scenę wyszła mikra posturą, ale wielka duchem Nattali Rize. Towarzyszyli jej muzycy z Australii (wcześniej wchodzący w skład Blue King Brown) oraz Jamajczycy z labelu Notice Production. Usłyszeliśmy największe hity artystki oraz kilka nowości. Rewolucyjny klimat dało się wyczuć niemalże w każdym utworze. Na scenę wyszedł też gościnnie Kabaka, który wykonał z Nattali ich wspólny numer. Publiczność bawiła się doskonale, a trans jaki zafundowała jej artystka niemalże zahipnotyzował wszystkich bez wyjątku. Miało się wrażenie uczestnictwa w jakowymś misterium, a kto wie czy nie był to najlepszy koncert w całej historii ostródzkiej imprezy. Niejedno polskie serce poczuło wzruszenie, kiedy Rize odczytała z kartki formatu A4 po polsku tekst akcji „Żaden człowiek nie jest nielegalny”. Koło godziny 1 w nocy rozpoczął się ostatni tego dnia koncert – Maleo & Reggae Rockers z gościnnym udziałem Kelvina Granta (m.in. ex Musical Youth). Na dużej scenie jak na pierwszy dzień wrażeń bez liku. Nie sposób oddać tego w tekście ani wychwycić ten klimat na materiale video. Tam trzeba było po prostu być.

Człowiek się nie rozdwoi jak powiadają, dlatego od czasu do czasu urządzaliśmy wycieczki na Green Stage, aby i tam przez chwilę potransować przy setach i koncertach. Nie udało się załapać na Violinbwoya, ale udało na fragmenty popisu polsko – jamajskiego duetu King & Krakowski. Przyznam, że z utęsknieniem wyczekuję na efekty współpracy zapisane na trwałym nośniku, gdyż już od dłuższego czasu Panowie rozbudzają apetyty fanów klipami na serwisie YouTube. Udało się również pofikać na secie Singledread z gościnnym udziałem Micah Shemaiaha, na którym Mad Majk nie omieszkał wykonać na żywo swojego najnowszego utworu „Ganjaman”. Balangę na Green Stage kończył koncert z okazji 15-lecia Zjednoczenia Sound System. Co prawda kalendarzowo takowe urodziny odbyły się parę miesięcy wcześniej w Warszawskim klubie Hydrozagadka – miałem okazję być i było naprawdę suto (czytaj: Okiem redaktora: 15. Urodziny Zjednoczenie Sound System), ale gdzież indziej wypadało by tej zasłużonej ekipie zdmuchnąć ponownie świeczki na urodzinowym torcie jak nie na największym i najlepiej zorganizowanym święcie muzyki reggae w Polsce? Warszawskie trio jak zwykle w wyśmienitej formie, publiczność w ekstazie. W kulminacyjnym momencie Diego i Pablo zaproponowali bitwę freestylową. Podzielona na pół publiczność wybrała po jednym słowie dla obu nawijaczy („pluskwa” dla Pablo, „opryszczka” dla Diego) i rozpoczęła się bitwa, która porwała publiczność na tyle, że naprędce wymyślony refren „pluskwy” wszyscy lecieli razem z Pablopavo. Diego odkarabinował całkiem zacnie o „opryszczce”. Bitwę wygrał Pablito, który ze sceny otwarcie przyznał, że powoli Diego staje się już lepszym technicznie nawijaczem od niego, ale to jednak on wygrał, a aplauz zgromadzonej publiczności nie pozostawił co do tego wątpliwości. Pomny chłodu poprzedniej nocy postanawiam przenocować w internacie. Uff, uff! Działo się.

orf2016_d2-133

Sobota, 13 sierpnia 2016. Rozpoczynamy dzień 3trzeci. Wraz z redaktorem naczelnym przemierzamy Ostródę w bezskutecznym poszukiwaniu fryzjera dla Paula Hodgkinsa. Na ulicy spotykamy Ulę Afro i Malwinę, które wyjawiają, że jeszcze potańczą publicznie, ale gdzie i kiedy to tajemnica i niespodzianka. Za chwilę ktoś woła z tyłu „siemasz Wujaszku” – to Hopkins goni pędem do chłopaków z D’Roots Brothers. Wszędzie znajomi, jest „rodzinnie” na mieście. Jak zwykle było już za późno by uczestniczyć w spotkaniu z Nattali Rize na temat „Historii reggae na Antypodach” prowadzonym przez Bartosza Wójcika. Wpadamy do knajpki „Żywiec” gdzie Paul dogadza sobie Wi-Fi i spożywamy obiado-śniadanie w towarzystwie Mad Majka i jego kumpla. Wczoraj dopiero poznałem Malika, dzisiaj (w końcu w realu) jego brata, zacieszam więc bo ekipa Singledread – poznana w komplecie. W ogóle dzień upływa pod znakiem towarzyskich spotkań, zgłębiania uroków miasta Ostródy oraz łechtania podniebienia jak nie rybką ze smażalni to pysznym vegetariańskim jedzonkiem z „Vegerii”. Na deser lody. Obracanie się w koteriach towarzyskich i lekkie melanżowanie …ma jednak swoją cenę. Zegara nie cofniesz ani czasu nie oszukasz.

orf2016-d3-067 Dlatego omijają mnie takie wydarzenia jak codzienny rozgrzewający set Dj-Feel X-a, czy koncert zespołu Naaman (z zawsze zjawiskową Nadią). Redaktor naczelny bawił w najlepsze na kolejnym w lin-upie koncercie zespołu Paraliż Band, kolejnej ekipy, która świętowała okrągły jubileusz istnienia (20-lecie). Podobno wypadli świetnie. My z ekipą namiotową dołączamy dopiero pod koniec koncertu Mesajaha. Tymczasem na Green Stage już buda drży w posadach, a trzęsie ja trójmiejski sound system Pandadread. Biegniemy naprędce na scenę główną, bo za chwilę nieziemska Jah9. Po drodze mijamy ogromną kolejkę. Wydawało mi się, że to lista poparcia dla legalizacji medycznej marihuany, tymczasem okazało się, że był to „wąż fanów Mesajaha”, chętnych do zrobienia zdjęcia, zakupu płyty bądź wzięcia autografu. Więc jeśli mówimy o skali popularności wśród młodzieży, uczciwie trzeba przyznać, że popularny Manolo mocno depcze już po piętach samemu Bednarkowi. Coś podobnego (uwielbienie fanów dla polskiego artysty) widziałem tylko raz, u siebie w mieście po koncercie Grubsona. Tak oto buduje się i umacnia status gwiazdy. Przecież ktoś być nią musi … Nieprawdaż? Na scenie już pierwsze dźwięki wypuszcza nowozelandzki Katchafire, jednak nasza załoga pędzi z powrotem na Green Stage; gra tam K-Jah Sound, a na scenie rozbrzmiewa głos Tamiki (prywatnie żona i chórzystka Gentlemana). Na miejscu olśniewa nas niesamowicie zgrabna i ładna tancerka, której kroku ewidentnie nie dotrzymuje podstarzały kolega z skórze (popularnej Ramonesce). Poznajemy ją i stajemy do prywatnego konkursu tanecznego. Jest nas 5-ciu i mistrzyni tańca wszelakiego zaszczyca każdego z nas partnerowaniem w jednym utworze. Uosobienie energii i harmonii. Na długo zapamiętamy te tańce. Wybawiliśmy się na secie K-Jah’a fest, ale oddechu było tyle, aby zdążyć zamówić po drinku. Kolejny bieg na dużą scenę, bo wychodzi włoski ogier – sam Alborosie, a sam koncert jest mszą na najwyższym światowym poziomie.

orf2016-d3-112

Przyznam szczerze, że do dziś nie rozumiem głosów znajomych z przeszłości, którzy bywali na koncertach Albo i coś przebąkiwali o rozczarowaniu. Tymczasem ja przeżywałem mistyczne doznanie. Po nim ruszyliśmy z falą festiwalowiczów na tył sceny, bo każdy był ciekaw francuzów z Stand High Patrol. A jak by komuś było mało, to na dużej scenie czekała niespodzianka w postaci reaktywacji grupy East West Rockers. Niespodzianka dlatego, że miejsce to było zarezerwowane na jubileuszowy (kolejne 20-lecie) koncert zespołu Paprika Korps. Nie mnie dochodzić dlaczego do niego nie doszło, niemniej jednak powrót chłopaków z EWR był na osłodę i na pewno nikogo nie zawiódł. Za sterami Kuba 1200, na majkach Grizzle, Ras Luta i Cheeba, a po bokach dancehallowe divy Ula i Malwa. Acha! Pomyślałem, więc to ta tajemnica i niespodzianka. Całkiem sympatyczna. Ostróda nad ranem, nocny sklep, jezioro, pole namiotowe, after do 8:00 rano bez snu, z pieśnią na ustach i uśmiechem. Trwaj Ostródo! Jutro ostatni dzień festiwalu…

orf2016-d4-064 Niedziela 14 sierpnia 2016. Była godzina 15:00 zanim „zeszła” z nas sobota. Jak zwykle zrobiliśmy sobie wagary na reggae uniwersytecie. Co najgorsze, ominęła nas również lekcja jogi z Jah9 na pobliskim molo. Tam podobno „byli wszyscy”. No cóż zrobić? Gdy docieramy już odświeżeni i posileni na teren festiwalu, właśnie trwa II edycja międzynarodowego konkursu World Reggae Contest. Programowo przegapiliśmy konkursowe ekipy Quartiere Coffee (Włochy), Etna Kontrabande i jamajskie dziewczyny z Adahzeh. Gra holenderski skład Rapha Pico, a po nich ich pobratymcy z The Dubbeez. Kręcimy się po festiwalu zbierając siły na ostatni wieczór. Chwilę przyglądamy się zabawom dzieciaków w Strefie Twórczego Recyclingu oraz obserwujemy Strefę Malucha. Pomysł na tyle genialny, że poważnie zastanawiam się czy za rok nie wezmę juniora i nie zadomowimy się tam na dobre. Tuż obok jest biuro prasowe z wyremontowaną ubikacją. Z jej dobrodziejstwa korzystam codziennie i jest to wyjątkowa nagroda, za moje hobbystyczne paranie się tzw. dziennikarstwem muzycznym. Postanawiamy złapać relaks na hamakach koło biura. Z pozycji leżącej zauważam grupę starszych dyskutantów z Mirosławem „Makenem” Dzięciołowskim na czele. Domyślam się, że właśnie skończyły się obrady jury i ekipa pędzi na scenę ogłosić wyniki konkursu. Nie myliłem się. W tamtym roku – Chainska Brassika, w tym The Dubbeez – zwycięzcą World Reggae Contest. Szał i taniec radości holendrów na scenie. I ta ich basistka…! ;-) Tymczasem dziwnie napływa ludzi, tak jakby mieszkańcy Ostródy przyszli festiwalowi z odsieczą. Nagle wyjaśnia się dlaczego – na scenie pojawia się Kamil Bednarek. Po jego koncercie fala odsieczy odejdzie w stronę miasta. Ot, takie zjawisko popkulturowe.

orf2016-d4-103

Włócząc się po festiwalu ponownie trafiamy na Green Stage, gdzie dostajemy po czaszkach totalnie za sprawa duetu iLLBiLLY HiTEC & Kinetical. Cóż to był za energetyczny set! Mocne, gitarowe riddimy, bass i energia nawijacza niczym Zack De La Rocha z RATM, w środku reggae festiwalu. Coś pięknego, takiego kopa nie dał tu wcześniej nikt. Zachwycony obserwuję ogień ze sceny, a obok mnie mój kumpel „Nowy” (również from TBG) z uznaniem kiwa głową. Jest moc! Po głowie chodzi mi podwójny Jagermeister z Red Bullem, więc gonię go zamówić. Na miejscu okazuje się że w najlepsze trwa a tu niesamowita integracja moich kumpli z załogą z Austrii. Wśród Austriaków jest David urodzony w Etiopii. Rozpoczynamy konwersację, w której zwierzam się mu, że śmiem powątpiewać w boskie przymioty cesarza Haile Selassie. Wspominam mu o „Cesarzu” Ryszarda Kapuścińskiego. David przyjmuje moje argumenty, przy okazji radząc, że gdybym przypadkiem znalazł się w Etiopii – to gęba na kłódkę. Tam kult cesarza trwa i tak chyba będzie po wieki wieków.

orf2016-d4-112 Przed nami jeszcze moc wrażeń, bo na główniej scenie szykuje się tzw. uczta główna. Być może muzyka reggae będzie na zawsze na swój sposób niszowa z Bobem Marleyem jako ikoną, jednak są już tacy wyraziści artyści, o których można śmiało powiedzieć, że są gwiazdami światowego formatu. Tarrus Riley jest jedną z nich. Ten wyjątkowy wokalista, śmiało podbija zachodnioeuropejskie listy przebojów. Wystarczy posłuchać „Powerful” Majora Lazera (Tarrus w duecie z Ellie Goulding), by zaskoczyć o co chodzi. Muzycy z najwyższej półki, a głównodowodzącym, konferansjerem i showmanem sam Dean Fraser – mistrz i legenda saksofonu. Najpierw gra sama kapela, później wychodzi na scenę niesamowita Alaine Laughton. Jeśli dalej obowiązuje mit, że najlepsze nogi w światowym show biznesie należały do Tiny Turner, to temat się lekko zdezaktualizował, a mit został obalony.

W końcu sam Tarrus, oczywiście w wyśmienitej formie. Co za brzmienie, co za koncert! Magia! Jak to mówią muzycy – wszystko się zgadzało. Przyjąłem z kumplami prostą taktykę (uchylę więc rąbka tajemnicy), otóż najlepiej odbiera się sound na koncercie pod „budką realizatora”. Zajęliśmy więc pozycję na samym środku i transujemy. Patrzę w prawo – chłopaki z Kompanija Reggae Sound, przede mną Junior Stress z Markiem Piotrowskim, patrzę w lewo Mesajah z dziewczynami z I-Grades. Zahipnotyzowani dotrwaliśmy do bisów i znowu biegniemy na tył sceny. Tam jak zwykle solidnie „grzmiało”, a sprawcami całego zamieszania okazali się Radikal Guru i El Fata. Nas jednak interesowała scena główna, bo po przepince kapel na scenie zameldował się Frank Delle. Były lider i frontman niemieckiej supergrupy Seeed, świetnie radzi sobie solowo, a broni go wyśmienity materiał muzyczny. Kawałki „Power of Love” czy „Marry Me” publiczność zna na pamięć. Poszły big upy i dedykacje ze sceny dla Makena. Chyba się polubili chłopaki strasznie ;-) Wyśmienite aranże, boskie chórki, nie było na co narzekać. No może na nadmiar wyśmienitych koncertów, bo ten znowu był wyśmienity…

orf2016-d4-144

Ocknąłem się, że przecież mogę pobiegać na backstage’u, a do tej pory tego nie robiłem przez trzy dni festiwalu. Po prostu nie miałem takiej potrzeby, albo i o tym nie myślałem. Tym razem oderwałem się od ekipy, aby strzelić misia z Jasiem „YasManem” Kuszem (opiekował się bliźniakami z Mellow Mood) i skorzystać z talonów żywieniowych (i na piwo), które od trzech dni marnowały się w mojej kieszeni. Na backstage przestrzennie i rodzinnie. Jasiu w gajerku koło sceny, a jego goście fikają na secie Paolo Baldini’ego Dub Files, przebiegam przed barierką i staje koło dziewczyn z Adahzeh. Jamaica, Jamaica! Egzotyka spojrzeń i zmykam. Zamawiam jedzonko. Bije pionę z Pablopavo, który jest pochłonięty rozmową z liderem Konopiansów. „Legia w Lidze Mistrzów! Jak nie teraz to kiedy!” – rzucam do Pablo, bo wiem, że jest zapalonym kibicem klubu z Łazienkowskiej. Wynurza się Jasio i rozmawia z K-Jahem. Wtrącam się by przybić pionę Krystianowi i przywitać damę jego serca i wracam do swoich. Jest późno, a jeszcze ostatnia uczta, legendarni Vavamuffin. Część ekipy w wyniku zmęczenia postanawia udać się na nocleg. Na koncercie Vavy zostajemy we dwóch, na szczęście spotykamy w tłumie Fisha i Paula. Gorga też spotykaliśmy codziennie bijąc z nim piątki, Pabla się widywało, ale Reggaeneratora już nie. Pewnie gotował, he he. Dobra żarty na bok. Vavamuffin pograło trochę hitów, w pewnym momencie Reggaenerator pozdrowił ze sceny swoich rodziców, którzy pląsali w pierwszym rzędzie i podobno jeśli tylko mogą kibicują synowi. Piękne to i wzruszające. Jeszcze pożegnalne foto z kelnerkami z knajpki „Żywiec” (pojawiały się na festiwalu prywatnie po pracy), Mr. Fishem i Paulem Hodgkinsem. Ustawka na śniadanko i będzie po festiwalu. Dzwonimy do chłopaków i od razu dostajemy w ryja – okradli nasze pole namiotowe!

Pospiesznie zamawiamy taksówkę i „sramy w gacie”, bo Kiniu miał schowane pieniądze na podróż do UK. Podczas drogi rozmawiamy o Ostródzie (patrz historia 100 taksówek przyp. red.). Koło godziny 3 docieramy na miejsce. Złodzieje splądrowali wszystkie namioty, w tym nasz. Jeden zostawił buty, bo adidasy Kinia miały ten sam rozmiar i wymienił na nowe.. Poginęły ładowarki, głośnik JBL, na którym co rano rozbrzmiewała muzyka i co cenniejsze drobiazgi. Na szczęście nie znaleźli kasy. Uff! Uratowani.

15 sierpnia. Budzi nas słoneczny poniedziałek. Można na spokojnie szykować się do powrotu. Piąteczki, pożegnania, pakowanko. Odpalamy stare BMW Daniela i jedziemy po redaktora naczelnego do internatu, po czym lądujemy w knajpce przy molo. Posilamy się przed drogą, ostatnie piwko. Biegnę jeszcze do czeskiej knajpki, gdzie umówili sie Mr. Fish i Jamal Selecta. Cieszę się strasznie, albowiem pamiętam jak chodziłem do szkoły średniej w stolicy i wymykałem się na taneczne imprezy Eye’n’Eye Soundsystemu, który współtworzyli niejaki DJ LEO i właśnie Jamal Selecta. Jammy okazuje się niezłym mistykiem i szamanem praktykiem, który zgłębia tajemnice ludzkiego ciała z zakresu naturalnej medycyny niekonwencjonalnej. Chyba zostanę jego pacjentem. Pora pożegnań. Odpalamy silnik. Jeszcze Kinia podrzucamy na PKP Ostróda, skąd rozpoczyna podróż do UK. W odtwarzaczu mixtape GBR Ibiza 100 % dubplates. Siedem godzin jazdy i po 20 wpadamy w matczyne objęcia Podkarpacia. Żegnaj przygodo. Mam nadzieje, że pojawię się tam za rok. A może znowu uśmiechniemy się do PKS-ów i wynajmiemy autobus? Wtedy historia zatoczyła by koło …

Komentarze

© 2012-2017 Riddim.pl - Reggae Music News

Scroll to top