Jesteś tutaj: Strona Główna » Wywiady » O podróży w głąb siebie – wywiad z Dawidem Portaszem

O podróży w głąb siebie – wywiad z Dawidem Portaszem

O podróży w głąb siebie – wywiad z Dawidem Portaszem

O podróży w głąb siebie i nie tylko, czyli skąd i dokąd jedzie muzyczna Ka Ra Va Na. Zapraszamy do lektury wywiadu przeprowadzonego z liderem oraz wokalistą grupy Jafia – Dawidem Portaszem.

TK: Ponad 20 lat na scenie to czas przez który można się zmęczyć graniem muzyki. Ty wydajesz się być przykładem, że „przemęczenie materiału” Ci nie grozi. Na przestrzeni lat jako artysta miałeś do czynienia z wieloma stylistykami, co być może, nie zapominając oczywiście o roli pozostałych chłopaków z zespołu, na tej płycie ma największy jak dotychczas wydźwięk. Czy „Ka Ra Va Nę” można nazwać najbardziej dojrzałym krążkiem w dorobku JAFII?

DP: Raczej śmiało można nazwać Ka Ra Va Nę najbardziej dojrzałym krążkiem, chociażby ze względu na to, że my sami jesteśmy na etapie bycia najbardziej dojrzałymi do tej pory. Dlatego wszystko zaczęło się powoli zazębiać, przenikać i coraz bardziej zaczynamy widzieć to, co nam w duszy gra, a nie do końca to, czym nasiąknęliśmy, co nas inspirowało. I to powoli zaczyna fajnie wypływać w muzyce którą gramy. Także jest to bardzo zadowalający etap w twórczości Jafii i mojej.

Muzycznie nowe dzieło Jafii to produkcja z bardzo wysokiej półki, zrobiona z dużym rozmachem. Przeplatające się gatunki, dodające smaczku chórki, smyczki, zjawiskowy wokal Dorrey Lin Lyles. Rzesza znakomitych gości i udział producenta Marcina Pospieszalskiego. Od początku był taki plan na tą płytę, czy wszystko to spontanicznie nabierało z czasem takiego kolorytu?

Właściwie zamierzenie było od początku takie, żeby pokusić się na tzw. pełen wypas. Mieliśmy takie ambicje i chęć, tylko wiadomo, że wiąże się to z adekwatnym budżetem. Na samym początku, jak zaczęliśmy pracować nad albumem Ka Ra Va Na to nie było nawet zaćmionej wizji tego, że zdobędziemy budżet na realizację tych pomysłów, które nam się narodziły. Ale jak się okazuje, życie potrafi nieraz zaskakiwać w przykry dla nas sposób, a niekiedy zaskakuje nas w sposób bardzo dziwny. Właśnie dzięki temu, że pojawili się ludzie bardzo nam przychylni, którzy od wielu lat obserwują to, z czym się zmagamy i w jaki sposób pracujemy nad muzyką, dostaliśmy ogromne wsparcie, dzięki któremu mogliśmy sobie pozwolić na taki rozmach. Ta płyta powstała w stylu iście oldschoolowym. Tak jak w Stanach kiedyś robiono płyty z pełnym rozmachem, gdzie zatrudniano smyki, producenta, sekcję dętą, chór – to są rzeczy, których dzisiaj już się tak często nie robi, choćby z tego tytułu, że teraz jest to uzyskiwane z pomocą elektroniki i sampli. My natomiast jesteśmy już troszkę wiekowi… Ja stoję gdzieś pośrodku, kilku z nas jest trochę starszych i mamy też Janka, naszego klawiszowca, który ciekawie balansuje u nas z tą średnią wiekową, a też przy okazji ma wielki wpływ na naszą muzykę, która się odświeża…

…odnośnie Janka to na pewno jego wpływ na Waszą muzykę jest słyszalny – po jednym z Waszych zeszłorocznych koncertów w Sosnowcu, spotkałem się z opiniami słuchaczy, nie mogących wyjść z podziwu nad tym, co Janek tam na tym „parapecie” wyczyniał…

Bo on przede wszystkim w naszym zespole nie tylko pełni rolę klawiszowca, który gra akordy do skomponowanych wcześniej piosenek, ale też bardzo dużo udziela się kompozycyjnie. Przede wszystkim bardzo ciężko myśli teksturowo, brzmieniowo i się w tym rozwija. Dlatego on nie dogrywa klawiszy do Jafii, tylko jest kreatorem naszego brzmienia w bardzo dużej mierze. W tym momencie zastąpić Janka jakimś innym klawiszowcem, oznaczałoby zastąpić część naszego stylu, co jest praktycznie niemożliwe.

Słuchacze często lubią szufladkować muzykę, opatrywać ją łatkami. Nowej Jafii ciężko taką łatkę przypiąć, gdyż dźwięki płynące z nowej płyty są różnorodne. Ale jednocześnie wszystko tu jest nad wyraz spójne. Taka była intencja, aby zainteresować Waszą muzyką szersze grono odbiorców?

Akurat takiej intencji nie było, bo my w Jafii mamy taką, niekiedy szkodliwą dla nas cechę, ale nigdy nie poddajemy się trendom i oczekiwaniom słuchacza. Mamy świętą, nigdzie nie zapisaną ale zawsze obowiązującą zasadę, że gramy muzykę taką, jaka się nam samym będzie podobać. Tutaj wydaje mi się, że na skutek bardzo mocnych zmian w życiu osobistym każdego z nas, doszło do tego, że każdy mniej się hamuje w wyrażaniu siebie w muzyce. Bo prawdziwa muzyka – jak ja to nazywam – jest formą swego rodzaju ekshibicjonizmu emocjonalnego. Kiedy te emocje w nas dojrzewają i przestajemy się bać je wyrazić – przez muzykę chociażby, jeżeli znajdziesz kilku ludzi, którzy swoje odczucia konsolidują w sposób kreatywny, to w tym momencie rodzi się muzyka, która zostaje nazwana przez krytyków muzyką eklektyczną, natomiast z zamierzenia twórców jest to czysta forma ekspresji, uzewnętrznienia swoich emocji. I w ten sposób powstaje muzyka, w której ciężko określić styl. Jak słucham choćby Sade, bo bardzo lubię tę artystkę – muzycy, którzy z nią grają – inspirują się rozmaitą stylistyką i grają ze sobą od wielu lat. Patrząc na Sade nie można nazwać jej stylu czymkolwiek. Jest to po prostu Sade. Bo jest to mieszanka charakterów współtwórców tego właśnie dzieła.

Czyli nie jest tak, że coś się zmieniło z racji na wytwórnię, podpisany kontrakt, czy te możliwości, które się pojawiły, żeby tą płytę z takim rozmachem zrealizować, tylko dalej jesteście sobą?

Jak najbardziej, jesteśmy sobą, a nawet ku mojemu zdziwieniu mamy w tym wsparcie wytwórni. Wydaje mi się, że w tej chwili polityka wytwórni z którą współpracujemy jest taka, by angażować artystów, którzy od wielu lat pokazali, że chcą coś robić i nie przestaną tego robić. W momencie kiedy masz do czynienia z twórcą, który robił coś podobnej jakości przez dwadzieścia lat, to trudno się spodziewać, żeby nagle strzeliła mu palma do głowy i zaczął robić coś innego. Dlatego mamy w tej chwili duże wsparcie ze strony Warnera, jeśli chodzi o to, co chcemy pokazać. Dostajemy ciekawą, pomocną dłoń, jeśli chodzi o nasze wizje, możemy śmiało o tym mówić i nie ma takiej sytuacji, że mamy narzucone jak powinniśmy funkcjonować jako zespół, że cokolwiek w tej materii się zmieniło.

Skąd się wzięła Dorrey Lin Lyles na Twojej drodze? Ta kobieta ma taką moc w głosie, że jest to coś niesamowitego. Czy Dorrey będzie wam towarzyszyć na jesiennej trasie koncertowej?

Odpowiem troszkę od końca. Na jesiennej trasie Dorrey będzie z nami na niektórych koncertach – na których dokładnie nie wiem. Ta współpraca jest dla mnie spełnieniem marzeń, gdyż od wielu lat poszukiwałem wokalistki, która wnosi coś takiego, nie tylko głosem, ale swoją niesamowitą osobowością, charyzmą i twórczym umysłem. Stało się to tak: któregoś razu oglądałem teledysk słynnego Dellé i on zrobił cover piosenki z filmu Frankie Goes to Hollywood – The Power of Love. Tam w tym teledysku zobaczyłem właśnie Dorrey i co się okazało – po dłuższym czasie jak się poznaliśmy – to Dorrey wcale nie śpiewa w tej piosence, ona jest tylko w teledysku, ale ja akurat nie słuchałem tego jak się śpiewa w tej piosence Power of Love – tylko po prostu jej osobowość, jej wizerunek tak przykuł moją uwagę i postanowiłem, że muszę dotrzeć do informacji kim jest ta kobieta, czym się zajmuje, jakie są jej dokonania w muzyce. Pamiętam jak dziś, że kiedy ją odkryłem to siedziałem z rodzicami – mój tato jest wielkim fanem takich wokali, dlatego, że on od wielu lat jest fanem Mahali Jackson i powiedziałem do mamy, że ja tą kobietę znajdę i będę z nią współpracował. Mama do mnie mówi: „no ale jak to zrobisz, to są poważni ludzie” – ja mówię: „zobaczysz, zrobię”. I rok później mieliśmy już okazję razem pracować. Uważam, że Dorrey to jest taki diament, który bardzo chciałbym zachować, dlatego, że podoba mi się to co ona wnosi do brzmienia JAFII, to co robi na koncertach i przede wszystkim gorąco polecam też przestudiowanie historii kariery tej osoby, bo mieć taką wokalistkę po swojej stronie, to jest tak jak mieć w chórkach Whitney Houston. Jest to wielki zaszczyt i wielka przyjemność.

Wspomnijmy przy okazji o drugiej postaci kobiecej, która się pokazuje na płycie – Kayah. Myślę, że może to być zaskoczeniem dla słuchaczy – chociaż dla mnie to zaskoczenie in plus – po przesłuchaniu Skruchy. Jak to się stało, że Kayah na tej płycie się znalazła i czyj to był pomysł?

Tutaj akurat robiliśmy taką maleńką burzę mózgów. Chcieliśmy mieć na płycie gościa, który niekoniecznie będzie ze świata reggae. Naszą intencją było zrobić coś nieco innego i stwierdziliśmy, że piosenka Skrucha bardzo nadaje się do tego, żeby zaprosić do niej gościa. Pomysłów na niego było kilka, z tym, że wraz z Michałem, naszym menadżerem, doszliśmy do wniosku, że głos Kayah i sposób jej śpiewania pasuje wybitnie do tej piosenki. Słyszałem już wcześniej w głowie jak ona to śpiewa zanim jeszcze doszło do naszej współpracy. Powiem szczerze, że zaśpiewała lepiej niż sobie to wyobrażałem. Myślałem, że bardziej podąży za linią melodyczną, która była w piosence wcześniej, a ona zrobiła to tak pięknie… Po prostu lubię tego słuchać. I akurat Kayah była takim pomysłem, który nie istniał od samego początku. Jak zaczynaliśmy robić Ka Ra Va Nę, to nie wiedzieliśmy, że Kayah będzie. To się zrodziło w trakcie, ze względu na to, że piosenka Skrucha to był na początku naszej współpracy z Marcinem Pospieszalskim surowy tekst. Kiedy Marcin przeglądał moją książkę z tekstami wybrał akurat ten i powiedział, że bardzo chciałby zrobić do niego muzykę, bo bardzo mu się ten tekst podoba. I muzykę do niego w znacznej części zrobił Marcin. W momencie kiedy powstała muzyka i piosenka nabrała takiego charakteru, to automatycznie pojawił się pomysł na gościa i wytypowaliśmy Kayah, bo jej głos pasował naszym zdaniem idealnie. Do tego – wiadomo- doszła cała kwestia procedury, bo Kayah to diva naszej sceny muzycznej i zaprosić takiego gościa nie jest łatwo, ale dzięki zwierzchności jakoś się to udało. Czas w studiu naprawdę był niezapomniany – Kayah to przede wszystkim wielki talent ale też i bardzo ciekawa osobowość.

Porozmawialiśmy nieco o muzyce – teraz czas na warstwę liryczną w której widać pewne zmiany w stosunku do wcześniejszych płyt. Tribute dla Boba Marleya w postaci „One Love Train” czy mniej „rzucające się w ucho” odwołania do Boba dało się wyłapać. Tutaj natomiast zwrot akcji zwiastuje otwierający płytę The Drift – mówiący o kryzysie w Babilonie, który staje się szansą na zrobienie czegoś nowego. Dobrze to odczytuję?

Jasne i właściwie to, co powiedziałeś, pięknie zamyka całą intencję. Cała płyta Ka Ra Va Na jest o podróży, jest zachętą do podróży i wiadomo, każdy może sobie podróż wizualizować na swój własny sposób. Ja tu chciałem bardzo wyrazić taką podróż w głąb siebie. Dlatego, że kiedy człowiek bardziej penetruje to, co przeżywa, gdy zaczyna to analizować, okazuje się, że ten świat, który wewnątrz nas się rozpościera jest znacznie barwniejszy, niż ten ukazujący się naszym oczom. Przez długi czas walczyłem z systemem i w dzisiejszym stanie umysłu, tym w jakim na chwilę obecną jestem, uważam to za walkę z wiatrakami. Walcząc z Babilonem walczymy z tworem naszej wspólnej ułomności. Nie potrafiliśmy jako ludzie stworzyć świata empatii, współczucia, miłości, pokoju. Świata, w którym wszyscy dzielimy się wspólnie naszą planetą. Ze względu na tę niezaradność stworzyliśmy sobie niezaradny system, który nas ciemięży i jest tworem naszego braku wyobraźni. W tej chwili walka z czymś takim jest walką z wiatrakami. Kluczem do tego, żeby ten system w pełni na naszych oczach runął jest to, żeby każdy podjął nie walkę, a drogę do pokoju na płaszczyźnie indywidualnej, dlatego, że od każdego z nas zaczyna się wielka przemiana. Kiedyś Michael Jackson pięknie to zaśpiewał: „I’m looking at the man in the mirror / I’m asking him to change his ways / And no message could have been any clearer / If you wanna make the world a better place / Take a look at yourself / And then make a change”. I to jest taka kapsuła tego, o co chodzi w przemianie świata. Ona zaczyna się od każdego z nas, więc nie ma sensu za bardzo walczyć z Babilonem, nie ma sensu też pisać jakichkolwiek petycji do systemu, żeby on postarał się coś w sobie zmienić, bo to jest tylko wlewanie wody na młyn. Jest sens zmieniać swoje myślenie, wylewać z tej szklanki informacyjnej, którą każdy z nas posiada, informację którą nam nalano, a wlewać informację, którą sami jesteśmy w stanie zweryfikować, która jest podana nam do życia na podstawie własnego, osobistego doświadczenia. Kiedy człowiek przeanalizuje większość informacji, na podstawie których dokonujemy wyborów, osądów sytuacji, innych ludzi, to często dokonujemy ich używając mechanizmów, które zostały w nas zaszczepione poprzez społeczeństwo, religie, edukacje, media. Jeżeli wykluczymy ten wpływ i pozwolimy sobie być sobą, to w tym momencie nasze wybory i nasze osądy będą diametralnie inne. Mój dziadek kiedyś powiedział: Walka o pokój = wojna. Nie ma sensu o nic więcej walczyć. Trzeba czynić przemianę. Żeby ona mogła istnieć każdy musi wybrać się na podróż wgłąb siebie. Tym najmocniej chcieliśmy zainspirować słuchacza, tworząc płytę Ka Ra Va Na. Mówiąc o takich rzeczach, jak piosenka The Drift – czyli połączenie z naturalnym nurtem życia – nie z nurtem mody, stylistyki, która jest na topie, ale z naszym wewnętrznym nurtem, który istnieje, czy tego chcemy, czy nie.

Sporo tutaj jest refleksji z którymi zostawiasz słuchacza. To chyba taki mały drogowskaz dla każdego płynący z Ka Ra Va Ny, żeby trochę poszperał w zakamarkach swojej duszy. I przewrotnie zapytam wykorzystując tytuły piosenek: Co należy zabrać ze sobą „W drogę” aby dotrzeć „Do celu” i poczuć się jak „U Siebie”?

Poczekaj muszę to zgłębić… To jest piękne pytanie… Akurat jest taka ciekawa sytuacja, pierwsze co przychodzi mi do głowy, to taka książka, którą bardzo wielu ludzi przez mnóstwo lat, próbowało mi wmusić, żebym ją przeczytał – to był „Alchemik” Paolo Coehlo. Ponieważ wielu ludzi mówiło mi, że muszę ją przeczytać, to jakoś zawsze takie >musisz<, sprawiało, że mi się nie chce. Ale po bardzo wielu latach jakoś sam po nią sięgnąłem i tam czytamy właśnie o podróży i o człowieku który poszukiwał skarbu, ale ten skarb był właściwie przy nim, tylko, że on tego nie wiedział. I musiał odbyć całą wielką podróż, żeby się okazało, że skarb był tam, gdzie był on. Zauważam coś takiego, że jak się rodzimy, to dostajemy klapsa na dupę, żeby sprawdzić, czy płaczemy, czy wszystkie funkcje działają poprawnie. I nikt nie mówi do nas: "Witamy na Ziemi" ani nic takiego. Rodzimy się nadzy i z każdym dniem wszystko, co jest dla nas naturalne, staje się coraz bardziej nielegalne. W moim osobistym przekonaniu, żeby wybrać się w drogę, dojść do celu i poczuć się jak u siebie to trzeba przede wszystkim poznać samego siebie. Trzeba umieć być ze sobą za pan brat, umieć czuć się dobrze w samotności, umieć zaprzyjaźnić się z tym, co nam w duszy wewnątrz śpiewa. Czasami ten głos każe nam gdzieś pójść, czasami każe nam pozostać, ale ten głos wewnętrzny, jak to powiedział Bob Marley: There's a voice inside of everyone - telling him what is right and what is wrong. Ten voice to jest jedyny nasz przewodnik i to jest to, czego nam potrzeba, żeby tę podróż odbyć i żeby czuć się u siebie wszędzie, gdzie się nie udamy.

Kiedyś wyraziłeś taką opinię, przy okazji, gdy zapytałem w prywatnej rozmowie o Twój solowy koncert w Warszawie, że nagrałeś się wystarczająco w zespołach i już masz tego wszystkiego dosyć. A rozmawiając z Tobą w tej chwili czuje się to gdzieś, że odnalazłeś na nowo w tym wszystkim szczęście. Powiedz mi jak to jest?

Ja tak naprawdę czuję się tylko nieszczęśliwy w momencie gdy moje pole tworzenia jest ograniczone, gdy zaczynam czuć, że staje się bezrobotny w takim sensie, że nie mogę realizować tych pomysłów, które mam. Wtedy narasta we mnie frustracja. W momencie gdy jestem pochłonięty pracą, to jest moje szczęście. Lubię pracować w muzyce i dla muzyki. Nie lubię siedzieć na czterech literach i być niekreatywnym. Dlatego przez jakiś czas w zespołach był trochę przerost oczekiwań nad ciężką pracą, a to do niczego nie prowadzi. Uważam, że jedynie ciężka praca gdziekolwiek może nas zaprowadzić. Wiadomo, że trzeba mieć pewne warunki – duchowe i rozmaite, żeby móc tworzyć muzykę. Ale jeżeli się to ma, to trzeba się skoncentrować na pracy. W którymś momencie byłem już na etapie, że wydawało mi się, że wszystko będę musiał robić sam, bo nie odczuwałem takiego wsparcia ze strony ludzi z którymi współpracowałem, że idziemy na całość. A ja lubię na całość. W tym momencie jest fajnie w zespole, jeśli chodzi o JAFIĘ, bo wszyscy mamy bardzo poważne podejście do tego co robimy, podoba mi się muzyka, jaka z tego wypływa. Ale to nie wyklucza tej możliwości, że i tak będę nagrywał swoją płytę i będę robił swój odrębny projekt od tego co gra JAFIA, bo od wielu lat mam taki pomysł i w którymś momencie to się ziści.

Wertując książeczkę z tekstami nowego albumu jest kilka piosenek w języku polskim, kilka w języku angielskim. Łatwiej tworzy Ci się w naszym języku ojczystym czy angielskim? Zagłębiając się w teksty napisane po angielsku jestem pod wielkim wrażeniem i jakkolwiek bym się nie wysilał, to przełożenie tego na język polski i wyciągniecie z tego kwintesencji jest naprawdę trudne nawet dla językoznawcy…

Wiesz, ja bardziej lubię pracować z językiem angielskim. Literatura, którą czytam od wielu lat jest po angielsku, tak samo jak terminologia w której się poruszam jest w większości po angielsku i pewne rzeczy o których chciałbym powiedzieć, są nie do wyobrażenia i nie do powiedzenia po polsku, zachowując kanony poetyczne, rytmiczne i przy okazji melodyczne, a do tego, żeby warstwa liryczna była ciekawa. Jest to dla mnie problemem i strasznie wielkim wyzwaniem, żeby osiągnąć coś takiego w języku polskim. Wielokrotnie wydaje mi się, że moje teksty napisane po polsku są proste, żeby nie powiedzieć prostackie, czy nieco trywialne, podczas gdy w przypadku języka angielskiego nie mam takiego odczucia. Zdaję sobie sprawę, że w tych tekstach osiągnąłem pewną głębię wyrazu, ale nad tym pracowałem wiele lat, a jeśli chodzi o polski, nie poświęciłem temu aż tak wiele czasu. Bardzo podoba mi się śpiewanie po polsku ze względu na ten kontakt, kiedy na koncertach ludzie mogą rozumieć w trakcie słuchania, to jest ciekawe doświadczenie, dlatego to jest fajna przygoda z językiem polskim, ale wolę po angielsku. Komuś może się wydawać, że to jest takie oszukiwanie się, ale ja uważam, że żyjemy w świecie tak poważnie skomunikowanym, tak zinternetowanym, że język angielski bardzo ułatwia globalną komunikację i ja do tej globalnej komunikacji mimo wszystko zmierzam.

Myślę, że polski odbiorca jednak doceni te utwory w naszym ojczystym języku. Ka Ra Va Na – na ten temat padło już sporo słów. Jest też piosenka, która na ten tytuł zapewne się przekłada. Jest z nią związana jakaś ciekawa historia?

Właściwie ciekawej historii jako takiej nie ma. Jest to jedna z piosenek do których tekst napisałem nagle – piętnaście, dwadzieścia minut i piszesz aż skończysz. Ten tekst, jako jeden z nielicznych, zajął aż cztery strony. W momencie tworzenia piosenki musiałem bardzo poważnie popracować nad cięciami, tak żeby zostawić to, co chciałem przekazać w piosence – samą esencję. Zatem większość treści musiała pozostać w zeszycie, bo tekst był znacznie dłuższy. To jest tylko taka ciekawostka dla ludzi, których może interesować to, w jaki sposób powstają piosenki. Natomiast jeśli chodzi w ogóle o ten tekst w postaci obecnej, to nie chciałbym za bardzo mówić o jego interpretacji, dlatego, że pozostawia on wiele dla każdego, aby móc sobie samemu dopowiedzieć o czym ta piosenka jest. Co ciekawe – wielu ludzi ze świata muzyki anglojęzycznej – trafia do nich ta piosenka natychmiastowo i twierdzą, że rozumieją ją znakomicie, ale na przykład znany wszystkim ze sceny muzyki reggae/dub Adrian Sherwood, kiedy posłuchał piosenki Ka Ra Va Na, powiedział, że on nie ma pojęcia o czym ja tam śpiewam. Może to dziwnie zabrzmi ale jest to dla mnie swojego rodzaju ważny komplement z którego bardzo się cieszę. To świadczy o tym, że ta piosenka wyrywa się tekstowo spoza wszelkich kanonów, a o czym ja tam śpiewam, to wolałbym żeby każdy sam miał wolność interpretacji.

Dobrze, zostawiamy z tym słuchaczy i zachęcamy do sięgnięcia w głąb tekstów, bo jest tu wiele ciekawych rzeczy nad którymi warto się zastanowić. Powiedz na sam koniec, czego możemy się spodziewać po Tobie i po Jafii w najbliższym czasie, jeśli taką informacją dysponujesz?

Dysponuję na chwilę obecną taką informacją, która sięga do końca 2015 roku. Czeka nas trasa koncertowa na której grać będziemy Ka Ra Va Nę i oczywiście jeśli patrzeć bardziej dalekosiężnie, to na pewno w niedługim czasie będziemy pokazywać teledyski do piosenek z tej płyty, a także pierwiosnki naszych nowych działań, dlatego, że powoli zaczynamy pracować nad kolejną płytą.

Komentarze

© 2012-2016 Riddim.pl - Reggae Music News

Scroll to top