Jesteś tutaj: Strona Główna » Wywiady » „Mr Eargasm” – wywiad z Bitty McLean’em

„Mr Eargasm” – wywiad z Bitty McLean’em

„Mr Eargasm” – wywiad z Bitty McLean’em

Ten wywiad jest tylko małym wprowadzeniem do twórczości Delroya Mcleana, znanego lepiej jako Bitty. Dajcie się jednak poprowadzić do jego świata, muzyki i uprzejmości, nawet jeśli ta rozmowa nie jest najbardziej wyczerpującą, z jaką się spotkaliście. Po tym jak Bitty Mclean rozbisurmanił mnie swoim głosem na Regałowisku, obiecałem sobie, że muszę z nim kiedyś porozmawiać dłużej. Miałem ku temu okazję we Wschowie, gdzie Bitty przyjechał na koncert z zespołem Magic Touch Band. Wjechałem na teren festiwalu, zamknąłem drzwi od samochodu i od razu wpadłem na jego menagera: Jest obsuwa, może pogadacie teraz?

Rzadko mi się zdarza, żeby tak szybko usiąść do wywiadu.

(śmiech) Tak! Wiem coś o tym. Tylko dźwięk nagrywasz?

Tak.

W przeciwnym razie musiałbym poprawić włosy (śmiech).

Kiedy byłeś w Polsce dwa lata temu, zadałem ci jedno trudne pytanie, na które nie udzieliłeś jednoznacznej odpowiedzi. Pamiętasz jakie?

Nie. Złapałeś mnie!

Czy kiedykolwiek spowodowałeś swoim głosem orgazm u dziewczyny?

(wielki śmiech) Nie wiem. Musiałbyś zadać to pytanie jakiejś dziewczynie, ale ja nic o tym nie wiem. No chyba, że eargasm (śmiech).

Opowiedz mi o swoich początkach w soundsystemach.

Mój tata miał soundsystem zanim się urodziłem, ale przestał grać jak miałem 7-8 lat. Mieliśmy w Birmingham festiwal (Birmingham Festival), gdzie w jednym miejscu rozkładało się około piętnastu soundsytemów. Miałem okazję, żeby po raz pierwszy zaśpiewać na sesji soundsystemu o nazwie Waccifer Showcase. Byli jednym z pierwszych, większych soundów, które dały mi możliwość śpiewania na sesji. Od tego wszystko się zaczęło. Już nie było odwrotu od muzyki. Zacząłem kręcić sie wokół dużych soundów w Birmingham, takich jak Now Generation, Romantic Bubbler. Xterminator pojawił się, kiedy pracowałem w studiu UB40. Dwóch młodych Jamajczyków przyszło do studia, i powiedzieli, że budują sound w Birmingham i chcieliby dubplate’y. Mój kumpel zapytał, czy im tego nie nagram? Mówię, że pewnie, dajmy im trochę siły na początek. To były fajne czasy. Cała ta sprawa z soudami wygląda jednak tak, że nie było w tym pieniędzy, to była tylko zabawa, nie mogłeś z tego zrobić kariery. Czasami po wypakowanej ludźmi sesji Xterminator, przychodził do nas promotor i mówił: „Chłopaki nie ma pieniędzy. Nic nie zarobiliśmy”. To było dołujące, szczególnie kiedy widziałeś, że ludzi bawią się do samego końca. Wiedziałem, że chce robić coś poważnego w muzyce i praca w studiu stała się priorytetem. Soundsystemy mocno upadły w mojej skali wartości.

I trafiłeś do studia UB40?

Tak. W 1988 studiowałem inżynierię dźwięku na collegu. Jednym z moich wykładowców był Alan Caves, który wcześniej pracował z UB40. Nagrywał i miksował między innymi album „Labour of love”. Zobaczył we mnie potencjał, i jak ludzie z UB40 poszukiwali kogoś do studia to polecił mnie. Nawet mnie nie przesłuchiwali. Po prostu wszedłem do studia, on powiedział, że to ten dzieciak i już tam zostałem. Pracowałem tam około 3 lat. Inżynieria, współpraca przy produkcji jednego z najlepiej sprzedających się albumów… fajne czasy. Bardzo dużo się nauczyłem, jak produkować, jak pisać piosenki. Ta wczesna praca w UB40, zeszła się również z działaniem w Xterminator, to zapytanie o dubplate’y itd. Koniec końców, oni poszli w swoją stronę, a ja w swoją.

Mówiąc najlepiej sprzedający się album, masz na myśli „Promises and lies”?

Tak!

Czy można powiedzieć, że chórki, które robiłeś na tym albumie były Twoim pierwszym studyjnym nagraniem?

(chwila zastanowienia) Tak… co prawda, nagrywałem wtedy jakieś demo, pojawiały się jakieś projekty, ale to nie było nic ważnego. Więc… tak, UB40 to był pierwszy poważny ruch, jeśli chodzi o nagrywanie wokali.

W jednej z piosenek na tym albumie, Errol Falconer…

„Reggae music”?

Tak. Wymienia imiona członków UB40, a twojego nie wymienia, nawet pomimo tego, że w tym utworze robiłeś mu chórki.

Ooo. Nie figurowałem wtedy jako członek zespołu. Byłem inżynierem, ale wykorzystywali fakt, że potrafię śpiewać. Mówili czasami: „Chodź Bitty, musimy zrobić harmonię!” W ten sposób zaśpiewałem na „Reggae music”, „Can’t help falling in love”, „Cest La Vie”.

Opowiedz mi o swojej pracy z zespołami Wet Wet Wet i Simply Red.

Po skończeniu trasy z UB40, zostałem zaproszony na trasę z Wet Wet Wet. Skontaktowali się z moją wytwórnią i zapytali czy Bitty mógłby pojechać z nimi na trasę. Odpowiedziałem, że pewnie! Podobnie było z Simply Red. To jest dobre, bo jako artysta starasz się poszerzać grono swoich fanów. Czasami było ciężko, jak musiałeś grać przed publicznością, która nie słucha reggae, ale jak udało ci się ich przeciągnąć na swoją stronę, to było coś dobrego, i dla ciebie, i dla muzyki. Podróżowanie z tymi zespołami dało mi dużo doświadczenia.

Chciałbym Cię teraz zapytać o Twoją przygodę z duetem rytmicznym Sly&Robbie.

Najlepszą przygodę!

Sly & Robbie "Language Barrier"

Żeby trochę podkręcić Twoją odpowiedź, wziąłem ze sobą ich płytę [Language Barrier wyd. 1985].

O!!! Który to Sly? Który to Robbie? Dawaj!

Nie wiesz?

(śmiech) Pewnie, że wiem. Po lewo Sly, na prawo Robbie. Zacząłem z nimi pracę w 1995. Pojechałem wtedy na Jamajkę, żeby nagrać mój album, produkowany przez Ali Campbella i wtedy ich poznałem. Od tego czasu utrzymywaliśmy ze sobą kontakt. Kiedy nagrałem album „On Bond Street”, byli zaskoczeni, że wróciłem do nagrywania i kazali swojemu menegerowi się ze mną skontaktować. Zadzwonił do mnie, że chłopaki chcą ze mną nagrywać na Jamajce. Mówię mu, że pewnie, róbmy to! Od 2006 jeżdżę z nimi na trasy jako gościnny wokalista. Relacja jaką mamy wykracza daleko poza muzykę, to jest przyjaźń. Zawsze mówię, że to najlepsze co mnie spotkało w tej muzycznej przygodzie, być posród Sly Dunbara i Robbie Shakespeara.

Mówi się, że są świetni w studiu, skupieni na robieniu muzyki, ale jednocześnie wyluzowani.

Tak! Wydaje mi się, że to jest problem młodych artystów, nie tylko muzyków, ale w ogóle młodych artystów. Zbyt duże ego przejmuje kontrolę nad pracą… a ci dwaj, światowej klasy muzycy, producenci, kiedy dochodzi do robienia muzyki, żadne ego nie ma prawa bytu. Zawsze dają z siebie wszystko.

Pytałem ostatnio Wailing Souls, czy widzą nową sekcję rytmiczną, która ma szansę przejąć pałeczkę po Sly&Robbie i nie do końca wiedzieli jak odpowiedzieć na to pytanie.

Bardzo ciężko na nie odpowiedzieć. Może za 30 lat, jak będziesz miał sekcję bas/perkusja, która będzie ze sobą tak długo grała, to to zobaczysz.

Według matematycznych obliczeń Sly&Robbie robili 11 utworów na dzień.

Sly jest ciągle w studiu! Robbie przychodzi jak jest potrzebny. Prawdopodobnie jest bardzo dużo materiału, który nie został nigdy wydany. Wyobraź sobie piosenki, które gdzieś tam są na taśmie, na twardym dysku…

Z Bittym również?

(śmiech) Niedługo wydamy nowy album, prawdopodobnie we wrześniu. Więcej dubowego brzmienia. Na Record Store Day wydaliśmy kawałek „War”, który wyznaczy ci kierunek tego albumu.

Robili również Twoje ostatnie wydawnictwo „Heart, Mind and Soul”. Jak do tego doszło?

Sly wysłał mi sampel piosenki wyprodukowanej w Channel One i powiedział: Bitty, jeśli nagrasz ten numer to będzie hit. Wróciłem do domu i nagrałem na tym „Till my days are gone”. To był punkt zapalny, postanowiłem użyć więcej riddimów z Channel One… Mighty Diamonds, Ken Boothe…

Jesteś perfekcjonistą, jeśli chodzi o brzmienie. Dlaczego wybrałeś Magic Touch Band do wspólnego koncertowania?

Pracuje z różnymi muzykami, nie zawsze mam szansę być ze Sly&Robbie, więc wynajmuje różne bandy z Europy, Japonii, Stanów Zjednoczonych. Każdy band ma swój feeling, swoje brzmienie, ale kiedy znajdziesz zespół muzyków, którzy są razem, są jednością, to nie chcesz tego stracić. Pracuje z Magic Touch Band od 3 lat, i najważniejsze dla mnie jest, żeby utrzymywać chemię pomiędzy mną a zespołem. Doszło to do tego stopnia, że czasami nie przejmujemy się pieniędzmi, tylko po prostu chcemy razem pograć, podobnie jak ze Sly&Robbie. Takie bandy jak Magic Touch, Homegrown (japoński band), Freedom Street z Hiszpanii to są naprawdę dobre zespoły.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że nie ma wielu nagrań z Treasure Isle, których nie miałbyś w domu. Chciałbym to teraz sprawdzić.

Wow! Dawaj!

U-Roy „Wake this town”.

Pewnie. Standard.

Phyllis Dillon „Don’t touch me potato”.

Yeah!

To zbyt proste.

(śmiech)

John Holt „Ali Baba”.

Tak.

Techniques „Love is not a gamble”.

Jasne.

Dennis Alcapone „Ba Ba Ba Riba Skank”.

Oh. Pewnie!

Za słabo się przygotowałem.

(śmiech) To jest kolekcja płyt mojego taty… Justin Hinds, Melodians, Paragons, U-Roy, Phyllis Dillon. Słuchaliśmy tego co tydzień. Treasure Isle było moją szkołą. Nie Studio One, ale Treasure Isle. Nie zrozum mnie źle. Studio One odegrało ogromną rolę w ska, rocksteady, reggae, ale to w Treasure Isle jakość produkcji jest klasą samą w sobie. Perfekcja rocksteady to było Treasure Isle.

Podobnie jak w mojej rozmowie z Wailing Souls, tutaj również wybrałem kilka ciekawostek, których nie zawarłem w tekście głównym.

Brocky był selektorem w Xterminator. Kiedy z nimi współpracowałem wynajmowali nagłośnienie i sprzęt od innych soundów. Mieli tylko pudło z płytami, kilku śpiewaków i nawijaczy.

Recepta na dobry soundsystem? Musi mieć swoją tożsamość. Musisz nagrywać dubplate’y inaczej niż inni. Spójrz na Soul Stereo, nagrywają w odmienny sposób, David Rodigan, Shaka też robi to inaczej. Musisz to robić oryginalnie, ale robić to tak, żeby ludzie nadal mówili super [wicked!]. Jeśli nagrywasz dubplate’y, wstawiając tylko nazwę swojego soundu, to jest coś, czego na pewno nie wspieram. Sturgav z U-Royem ma swoją tożsamość….

Muszę tu wspomnieć o wywiadzie, który przeprowadził z Bittym Rafał Konert. Sprawdźcie go koniecznie, jeśli szukacie czegoś więcej o Bittym. Poprowadzi was dokładniej przez poszczególne etapy twórczości Bittiego: http://www.cgm.pl/aktualnosci,45176,bitty_mclean_jesli_masz_swoje_brzmienie_to_bedziesz_je_mial_zawsze_wywiad_,news.html

Komentarze

© 2012-2016 Riddim.pl - Reggae Music News

Scroll to top