Jesteś tutaj: Strona Główna » Wywiady » Kuba jeszcze nie skończył rozrabiać – rozmowa z Earl Jacobem, człowiekiem wielu spraw

Kuba jeszcze nie skończył rozrabiać – rozmowa z Earl Jacobem, człowiekiem wielu spraw

Kuba jeszcze nie skończył rozrabiać – rozmowa z Earl Jacobem, człowiekiem wielu spraw

Polskie reggae zazwyczaj „mówi”, czy „śpiewa” jednym głosem. Na rodzimej scenie są jednak postaci, które zdecydowanie wyróżniają się wśród panujących trendów. Od lat doceniany za niebanalny tekst, niejednokrotnie okraszony mniejszą lub większą dawką humoru – Earl Jacob. Każdy, kto śledzi scenę reggae na pewno słyszał polskojęzyczną wersję Satta Massagana, Krzysztofa, czy Stój głuptasie!. Ciężko przejść obojętnie obok, jak dotąd, jedynego, legalnego wydawnictwa Jakuba Sadowskiego pt.: „Warto rozrabiać”. Na YouTube dostępny jest pełny odsłuch tej płyty, więc, drogi czytelniku… Włącz to i przeczytaj wywiad.

Cześć Kuba! Czy Twoja ksywka sceniczna Earl Jacob, to tylko kwestia połączenia imienia z jednym z popularnych jamajskich przydomków, czy stoi za tym coś bardziej skomplikowanego?
Dokładnie tak jak mówisz! Jacob, bo Kuba, Jakub, a Earl z nomenklatury jamajskiej. Spośród wszystkich Kingów, Prince’ów, Daddych jest Earl. Któregoś dnia, na początku swojej muzycznej drogi, potrzebowałem czegoś na plakat. Graliśmy imprezę, zresztą w bardzo ciekawym składzie. To było takie trio, jeszcze wtedy bez nazwy, czyli Himol (Splendid Sound), Te-tris i ja. Himol zaprosił mnie i Te-trisa na wspólną imprezę i właśnie wtedy na plakat wrzuciłem Earl Jacob. Z tego spotkania nawiązała się fajna 2-3 letnia współpraca pod nazwą Soul Operators. To był pomysł Himola, żeby grać imprezy na styku hip-hopu, reggae, mashupu, soulu… I właściwie z niczego, z połączenia trzech zupełnie innych osobowości skleiliśmy fajny projekt, który zahulał w postaci kilkunastu imprez, a potem każdy zajął się już swoimi sprawami.

Ta współpraca zaowocowała jakimiś nagraniami z Te-trisem?
Nie. Jeszcze coś takiego się nie wydarzyło, ale oczywiście nadal mam nadzieję, że jeszcze się wydarzy, że nasze drogi jeszcze kiedyś się przetną. Adam ma bardzo intensywne i rozbudowane życie muzyczne i bardzo kibicuję żeby mu się wiodło. On jest teraz w miejscu, w którym powinien być, czyli jest popularnym, koncertującym wydającym płyty raperem. Himol trochę się wycofał muzycznie, nadal działa ze Splendid Sound, mniej aktywnie, ale nadal można go spotkać, a ja swoje przędę.

Kuba, czy Ty jesteś muzykiem?
Zdarza mi się być muzykiem, ale instynktownym, z brakami. Oczywiście lata przeróżnych prób i doświadczeń muzycznych, spowodowały, że się orientuję, wiem co i jak, ale nie jestem profesjonalistą. Mam wrażenie, że wielu rzeczy nauczyłem się zupełnie naturalnie, organicznie czuję muzykę.

A jak rozpoczęła się przygoda z ekipą, w której działasz do dziś, czyli Tisztelet Sound?
Tisztelet rozpoczął granie w 2003 roku. Ja dołączyłem pod koniec 2005 roku, więc w przyszłym roku będzie 10 lat jak jestem w Tisztelecie! Ogólnie chronologia mojej warszawskiej przygody z reggae była taka, że najpierw był Tisztelet, potem w 2007 roku – Soul Operators. Tisztelet trwa, a Soul Operators jest, że tak powiem, w doczesnym zawieszeniu, ale oczywiście nadal może się odpalić i mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy.

Skąd sam pomysł żeby w ogóle zając się muzyką? Zanim zacząłeś współpracować z Tiszteletem, czy Soul Operators musiałeś coś robić…
Ja wyrosłem w duchu punkowym. Okazało się, że oprócz tego, można zdobyć też jakąś polską muzykę reggae i rozwinąć wachlarz. Chodziłem też na imprezy sound systemowe, które w Płocku organizował Wuj Marcel, do dziś działający współorganizator Reggaelandu. W Płocku coś tam robiłem, ale to były pojedyncze sprawy, które nie ujrzały chyba nigdy światła dziennego. Jeszcze wtedy z Yazolem, z którym teraz gram w zespole Zbóje, podejmowaliśmy próby nagrań. Jednym z moich pierwszych numerów, który się gdzieś tam ukazał to był właśnie ten cover Satta Massagana.

Twoje teksty wprowadzają, pewnego rodzaju, świeżość w muzyce reggae. Są charakterystyczne i łatwo rozpoznać, że Twoje. Czy jest jakiś schemat pisania, wyboru tematów?
Ja, pisząc płytę „Warto rozrabiać” miałem taki pomysł, żeby tego się fajnie słuchało. W tym celu wybrałem Olka i dobrą ekipę, żeby była ciekawa muzycznie. Ważne było, żebyś mógł sobie posłuchać tekstów i żeby to się sprawdziło na koncertach. Te założenia się sprawdziły. Rzeczywiście jest tak, że zaangażowanie w tych tekstach jest umiarkowane, ale to dlatego, że nie specjalnie czuję, żebym mógł kogoś pouczać, czy przekazywać jakieś bardzo istotne treści. Konkretnego schematu pracy nie mam. Moje teksty powstają w różnych miejscach i okolicznościach.

W sieci można znaleźć wiele Twoich numerów, z różnych okresów. Czy te, najpierw amatorskie, potem coraz bardziej profesjonalne podejścia do nagrań utorowały Ci drogę do legalnego wydania „Warto rozrabiać”?
Droga do „Warto rozrabiać” wyglądała tak: Wrzucałem nagrywane utwory do różnych miejsc w sieci. Zacząłem jeździć trochę po Polsce, grać imprezy i okazało się, że jest to jakiś pomysł. Potem Pablopavo zaproponował mi granie z nim w zespole, w Ludzikach. Odtąd moja przygoda jest nierozerwalnie związana z Ludzikami, dlatego, że dzięki tej współpracy zacząłem kombinować coraz więcej swoich rzeczy. Co jakiś czas coś nagrywałem, wrzucałem do sieci, grałem imprezy z Tiszteletem. Z tego wszystkiego zrodził się pomysł, że nagram płytę. Znalazłem osobę, która chciała się tym zająć i pomóc mi w tym, czyli Olo Mothaship (aka Geniusz), znalazłem osoby, które wsparły mnie finansowo w tej drodze. Ten materiał powstawał dość długo, bo pierwsze podejścia to był początek 2012 roku. Od idei, czyli spotkania z Olkiem, do wydania płyty minęły prawie dwa lata. Najpierw nagraliśmy pół płyty. Potem spotkanie z Karrot Kamando i mieliśmy już pewność, że wydamy to właśnie tam i trzeba to skończyć.

Wydanie płyty w Karrot Kamando, dla Ciebie, to chyba najlepsza z możliwości?
No tak! Ja już miałem na koncie dwie płyty Ludzików, wydane właśnie przez Karrot, znałem system pracy, znałem osobiście ludzi, którzy tam pracują, znałem klimat, który jak najbardziej mi odpowiadał i był idealny dla mojej pracy. Okazało się, że wszyscy pracują w jednym kierunku, wszystkim nam zależy na tym, żeby ta płyta wyszła w Karrot, była jak najlepsza i miała jak najlepsze przyjęcie. Udało się!

Na płycie znalazł się utwór „Stój głuptasie!” na Belly Ska Riddim z warsztatu Mungo’s Hi Fi. Trudno było to załatwić?
Nie. Oni dowiedzieli się w jakiś sposób, że taka wersja na tym podkładzie jest. Dogadaliśmy się. Stwierdzili, że nie jest to słaba robota, tylko fajny numer i nie mieli żadnych problemów. Oczywiście wszystko legalnie i za zgodą.

Dziś Twoja współpraca z Karrot nie kończy się tylko na płycie „Warto rozrabiać” i jej promocji…
Tak, po drodze, w praniu, okazało się po wydaniu mojej płyty ja też wykonałem dużo pracy przy bookingach swoich i Pablopavo. Na wiosnę 2014 roku rozpoczęliśmy współpracę właśnie w tym kierunku. Dziś odpowiadam w Karrot za kilka projektów. Odpawiadam za bookingi wielu zespołów, czyli Żywiołaka, Świetlików, Mama Selita, Marszałka Pizdudskiego. W tym momencie moja rola w Karrot Kamando jest taka, że zajmuję się bookingami oraz kontaktem z naszymi artystami. Dbam o pełne zaplecze informacyjne. Jeśli zespół wyjeżdża na drugi koniec Polski to moim zadaniem jest to, żeby wiedzieli: dokąd jadą, z kim mają rozmawiać, o której mają próbę, gdzie mają spać. Wynajduję też nowe miejsca koncertowe, szukam tez nowych artystów. Dziś jestem z Ludzikami jako wokalista i tour manager.

Ogarniasz sprawy innym zespołom i artystom. A jak sam sobie radzisz? Grasz ze Zbójami, z Ludzikami, z Tiszteletem, Sam..
Musze mieć totalną obczajkę w kalendarzu. Jak mnie zapytasz o konkretną datę to Ci powiem, że to czwartek! Mniej więcej na dwa miesiące przed muszę ogarniać co, gdzie i jak. Muszę pilnować kalendarza. Używam Gmailowego. Nie zdarzyło mi się, od bardzo dawna, żeby zrobić podwójny booking.

Grasz dużo koncertów, w różnych składach. Lubisz życie w klubach i hotelach?
Znoszę… Nie! Tak naprawdę jest fajnie, tylko 3. dnia w trasie jesteś już po prostu wydmuszką… warzywkiem. Nie ukrywam, że te trasy to są też balangi. Dziś był wyjazd o 13.00 z Warszawy i wiesz – kulturka. Dziś nocujemy w Toruniu i musimy wstać dopiero o 13.00 jutro, więc nie sądzę bym zawinął się w kaptur i poszedł spać. Potem jest już coraz większe zmęczenie, może nie fizyczne, ale psychiczne. Jest hotel, jest gdzie spać, ale musisz znowu pakować się w busa i nie ma rady! Po minionym weekendzie policzyłem ilość moich imprez w tym roku. Wyszło, że gram dziś właśnie 81. koncert. Ale mówiąc zupełnie poważnie – lubię to, nie narzekam. Lubię grać i aktywnie szukam okazji do tego.

Twoja płyta „rozrabia” już ponad rok. Jakie są dalsze plany?
Czuję, że płyta „Warto rozrabiać” nadal żyje własnym życiem. To świetna przygoda, bo do dziś spotykam ludzi, którzy dopiero ją poznają i dziwią się, gdzie to było wcześniej. Ja dbam ciągle o to, żeby ona gdzieś tam żyła. Ogarniam sprawy w social media itd. Nie daję o niej zapomnieć. Oczywiście, naturalne jest to, że myślę o drugiej płycie, mam ją w planach. Nie ma jeszcze konkretnego planu wydawczego, nie zarejestrowaliśmy jeszcze żadnego dźwięku na nową płytę, ale ona już żyje w idei i będzie na pewno. Mam nadzieję, że ukaże się już w przyszłym roku.

Słowo na niedzielę…
Nie pijcie alkoholu z nieznanych źródeł i nie kąpcie się w gliniankach!

Foto: Fanpage Earl Jacob / finetunetv.pl

Komentarze

© 2012-2016 Riddim.pl - Reggae Music News

Scroll to top